Przygody i wstrząsy Mikołajka – od1 list do rady

Mam jedenaście lat i nazywam się Mikołajek. Ten list jest do was Rado Pedagogiczno, żeby przeprosić za napis na ścianie budynku. Tak, to ja napisałem „kaowiec jest głupi”, a niżej małymi literkami „i siusiak”, ale to była tylko chwila słabości, której ogromnie teraz żałuję. Mój uczynek był, zły, podstępny, podły i haniebny. Posłuchajcie jednak, co mam na swoje usprawiedliwienie. Zacznę od początku.

Pół roku temu przyjechałem do waszej placówki w Pcimiu Małym, po tym jak zostałem wywalony z hukiem z tego zakładu w Pcimiu Dużym. Na początku było fajnie, poznałem fajnych kolegów i koleżanki i bawiliśmy się w różne gry i zabawy. Co prawda grupa, której przewodziła gruba Margot, a która nazwaliśmy „cienkie ptaszki” czasami nam dokuczała, ale staraliśmy się nie zwracać na to uwagi. Z czasem, jednak, cienkie ptaszki stawały się coraz bardziej i bardziej agresywne. Mówiły brzydkie wyrazy, popychali, organizowali kocówy i dotkliwie bili. Wyśmiewali się z naszych wierszyków i piosenek, chociaż sami nigdy w żadnych zajęciach nie uczestniczyli. Nie chcieliśmy się z nimi bić, raz, że ubranek szkoda sobie brudzić, dwa: gdyby któryś z was nas nakrył w bijatyce, ukarałby nas wszystkich po równo, a to przecież nie byłoby sprawiedliwe. Zaczęliśmy wiec chodzić na skargę, bo za darmo obrywach też przecież nie chcieliśmy. A poza tym wyzwisk i bijatyk zabraniał regulamin, który my szanowaliśmy. Ale wychowawcy ciągle odsyłali nas z kwitkiem tłumacząc, że są zajęci, że nie mają czasu dochodzić, kto zaczął, bo pracują jeszcze tu i tam, a w ogóle żebyśmy z każdą pierdołą nie zawracali głowy i zaczęli w końcu rozwiązywać własne problemy z piaskownicy sami. Traf chciał, że dwie dziewczynki ( eLeLki) z formacji cienkich ptaszków zachowywały się tak głośno i obrzydliwie, że wychowawcom zrobiło się wstyd za ich zachowanie przed rodzicami i w końcu je wywalono. Reszta jednak została i w cale nie zamierzała się uspokoić. Pewnej sobotniej nocy, kiedy w piątkę rzucili się na naszego kolegę Czesia, zamiast jak zwykle stać z boku i czekać na wychowawców, którzy w takich wypadkach i tak zawsze jakoś dziwnie znikali z budynku, nie wytrzymaliśmy i daliśmy im wycisk. Następnego dnia rano zaczęła się wiec awantura na całą placówkę. Wyprowadzono nas apelu po kolei za ucho i na środek placu i zaczęła się połajanka. Kierownik kolonii zmarszczył brwi i grożąc palcem tłumaczył, że jego nie obchodzi, kto zaczął, ale te ekscesy maja się skończyć raz na zawsze. On osobiście nie zajmuje się karaniem wychowanków, bo tylko dba o gazetkę ścienną, ale jeśli chodzi o jego zdanie, to najchętniej ukarałby nas wszystkich tygodniową karą zawieszenia. Najmniejszy z nas, ale bardzo czupurny Grzesio nie wytrzymał i krzyknął: „ej ty kierowniku kolonii nie udawaj ze nie wiesz, co się tutaj dzieje”. I jeszcze powiedział brzydkie słowo. Zaraz potem okazało się ze Grzesia miedzy nami już nie było, ktoś go widział jak leciał przez okno, ale nie wiadomo, kto go wypchnął. Kierownik opowiadał na początku, ze nic o Grzesiu nie wie i on to sobie nie wziął jego słów do serca, a w ogóle to jesteśmy sobie winni, „bo są dzieci, co nie wdają się ciągle w awantury, więc o czymś to świadczy prawda? Prawda!” Strasznie się wkurzyłem i nagadałem temu naszemu kierownikowi, że jest taki sam niesprawiedliwy jak ten, co mnie prześladował w Pcimiu Dużym, ale koledzy zaczęli mnie uspakajać. Powiedzieli, ze Kierownik jest w porzo i równiacha, tylko dał się wkręcić, a cienkie ptaszki to wykorzystały.

I tak mijały dni za dniem w miarę spokojnie, chociaż bardzo brakowało nam Grzesia i zaczęliśmy się martwić, co się z nim dzieje. W międzyczasie robiliśmy ognisko, miała być oranżada, paluszki i w ogóle milo. Ktoś zaproponował pomysł, by zaprosić kierownika kolonii.

Kierownik przyszedł, był bardzo miły, pił naszą oranżadę, jadł nasze paluszki i tłumaczył, że cienkie ptaszki to wcale nie są łobuzy. „A eLeLki to też nie były łobuzy?” Zapytałem. „No tak…” – odpowiedział zmieszany, doradził chodzić na skargę wprost do dyrektora i obiecał uważniej patrzeć na poczynania ptaszków.

Mijały dni, tygodnie a Grzesio wciąż nie wracał. Nikt nie wiedział, co się z nim dzieje. Na jednym z kolejnych apeli zapytałem czy mógłby do Nas wrócić, bo zacząłem podejrzewać, że jednak ciało pelagiczne ma coś wspólnego z jego zniknięciem. Jednego, czego się wyniku tego pytania dowiedziałem, ze brzydko śpiewam i bez sensu recytuję wiersze.

Na dodatek w końcu pojawił się kierownik kolonii i powiedział, ze Grzesio to podły smarkacz, nie zasługuje na powrót i w związku z tym może wróci, a może nie, to się jeszcze zobaczy. Ale lepiej dla Grzesia i dla nas żebyśmy siedzieli cicho. A co do innych gorszących zachowań w zakładzie to on wszystko widział i wszystko wie i nie będzie pokazywał palcem, ale te wszystkie wyzwiska i inne, to głęboko uzasadnione i sprawiedliwe. W międzyczasie inny Kapelutek (tak członków ciała pieszczotliwie czasem nazywamy) dodał, że ptaszki zostały i tak już ukarane, tylko my nic nie widzieliśmy, bo staliśmy wtedy odwróceni.

A potem jeszcze inny z Kapelutków wystąpił na środek i zaprosił na koncert swojego zespołu. I zaczął śpiewać. A fałszował tak strasznie, tak strasznie, że zachichotałem. Wywlekł mnie wtedy za ucho Kapelutek, co to do tej pory w ogóle się nie odzywał i powiedział: „ty szczeniaku, jak śmiesz, to jeden z ojców  założycieli. Mówisz brzydko wierszyki, wstrętnie śpiewasz piosenki, śmiać ci się z innych nie wolno. Odmaszeruj na miejsce i siedź cicho, bo w ucho dostaniesz.” Na to cienkie ptaszki wielce uradowane się zleciały i zaczęły radośnie rechotać. A, że cicho siedzieć nie zamierzałem to wyszedłem na zewnątrz, wziąłem kredę i napisałem:

„Kaowiec jest głupi”, i dodałem małymi literkami „i siusiak”.

Czynu tego z głębi serca żałuję. Nie zmienia tu nic fakt, ze zaraz po tym ciało pedagogiczne wykonalne na mnie karę w postaci dożywotniego odebrania mi prawa do recytowania wierszyków i śpiewania piosenek na terenie zakładu. A że się nie dość przejąłem to ukarano jeszcze mojego kolegę. Kapuletek jeden (ten, co fałszował) opróżnił na kolegi głowie kosz na na śmieci. No i dzięki temu zapanował w końcu spokój i powszechna radość.