Koncesjonowani Niepoprawni.pl?, albo: !

Autor: „Warszawa1920” 2 lipca, 2012 , publikacja za zgodą autora

Wyobraźmy sobie, że elity Narodu Polskiego, po tragedii wojny obronnej 1939 r., stwierdzają, że najlepszą, ba! jedyną drogą do odzyskania wolności Polaków i niepodległości Państwa Polskiego jest stworzenie „strefy wolnego słowa”. Tajne drukarnie, tajny kolportaż, tajne redakcje, ukryty rynek „twórców” i „tworzywa” idei, zakonspirowani czytelnicy. No prosto – recepta cudowna na „wyzwolenie spod jarzma”. Dobra, jeśli ta paralela historyczna miałaby być zbyt ostra, cofnijmy się do tyłu o lat mniej. Dokładniej o 41 latów mniej. Do Sierpnia 1980. I przyjmijmy, że już wtedy zwyciężają „słuszne” koncepcje propagatorów „mądrego różnienia się”: Odpieprzcie się od generała!, Spotkajmy się z klawiszami systemu przy Okrągłym Stole, Gruba kreska, Wybierzmy przyszłość, Polska to nienormalność, Polacy – nic się nie stało, Zapal światełko pamięci na grobie bohatera Armii Czerwonej, Zamknij szkołę dla polskich bachorów, otwórz szkołę dla niemieckich milusińskich źle się czujących w dusznej atmosferze polskiej, katolickiej ciemnoty, itp. Nie ma żadnych masowych strajków, nie ma zablokowania całego kraju, nie ma 10 milionów serc wierzących i myślących: „Solidarność”. Są kółka zainteresowań, grupy dyskusyjne, seminaria rozważające „za i przeciw”, wieczorynki upudrowanej politgramoty dla robociarzy i pogadanki – nie, nie! już nie ortodoksyjnie komunistyczne, ale, cóż to za postęp! cóż to za demokracja! właściwie to już suwerenna, rdzenna polska myśl państwowa! – otóż pogadanki socjalistyczne z elementami rewizjonizmu dla młodych, (docelowo lub już) wykształconych z wielkich blokowisk przy jeszcze większych zakładach pracy uspołecznionej.

Czy w pierwszym, czy w drugim z przywołanych porównań, skutkiem przyjęcia opisanych w nich dróg działania byłoby z pewnością jakieś zaspokojenie, naturalnej w ówczesnych warunkach politycznych, ludzkiej potrzeby kontrakcji. Realny efekt sprowadza się jednak tutaj właśnie do pojęcia „jakieś”. To słowo klucz. Jakieś, czyli przejezdność. Jakieś, tj. nie wyrywamy … już … paznokci i nie zabijamy strzałem w potylicę w piwnicy Rakowieckiej. (Co nie oznacza, że nie prowadzimy selektywnej polityki „usuwania” „osłabiaczy” i „obalaczy”, na ten przykład w tym dziesięcioleciu będą to księża.) Jakieś, tzn. oprócz PZPR mamy wszak i ZSL, i SD, a nawet – to już pluralistyczne rozpasanie! – koło poselskie „Znak”. Pozwalamy nie tylko czytać wywrotowe pisma, ale – no to jest jak wejście do NATO! – wręcz na terenie ludowego państwa je DRUKOWAĆ! Ersatz. W wymiarze politycznym dokładnie ten stan, w którym dziś tkwimy: g…no, czyli tzw. III RP.

Do tych oto, w niniejszym wpisie pomieszczonych, refleksyj natchnął mnie pewien artykuł w przedostatnim numerze Uważam Rze (nr 25[72]/2012, 18 – 24 czerwca br.). Autor artykułu, prof. Sławomir Cenckiewicz, jak zawsze u tego historyka w oparciu o materiał źródłowy, przybliżył zjawisko tzw. „N-karzy”, esbeków pracujących w strukturach MSW niejawnie i w takim charakterze rozpracowujących przede wszystkim różnorakie środowiska opozycyjne w latach PRL, rozpracowujących jako członkowie tych środowisk. Ów artykuł jest zresztą naukowym przyczynkiem do historii opisanej w tym samym numerze przez Włodzimierza Domagalskiego. To, skądinąd straszny, zapis biograficzny Mariana Kotarskiego, kierującego jeszcze w czasach podziemia lat 80, a potem i w tzw. wolnej Polsce, niezwykle zasłużoną Oficyną Wydawniczą Rytm. Bez przesady można rzec, że był on postacią legendarną w świetle dotychczas znanych jego dokonań w strukturach antykomunistycznych. BYŁ, bo – jak się dziś okazuje – przez cały okres działalności podziemnej pozostawał na oficerskim etacie niejawnym SB, a z bezpieki „wypisał się”, na własną prośbę, w roku 1990 w stopniu majora [sic!]. Na marginesie warto wspomnieć, że uzyskał wtedy prawa emerytalne, respektowane do dzisiaj. No, ale to nie jest przypadek dwóch gestapowców, podszywających się pod wybranych w demokratycznych wyborach (hi, hi, kpiarze!) posłów i znanych pod pisowskimi (więc „z urzędu” kryminalnymi) pseudonimami Barski i Święczkowski. Tak, casus Pękalskiego (prawdziwe nazwisko Kotarskiego; pod nim odbiera co miesiąc te marne parę tysięcy jałmużny, co to mu niewdzięczna OJ-czyzna pogardliwie rzuca za lata tak wiernej, a tak efektywnej służby, eh …) nie jest wart potraktowana w kontekście systemu emerytalnego w Polsce, zresztą w ogóle nie jest wart potraktowania przez „media nurtu wiodącego”. Nie to, co dwaj wspomniani naziści z polskich (ups! aktualnie, DOPIERO po wykładni szkoły rotfeldowej, rzekomo i chwilowo już nie używamy przymiotnika „polski” w TYM zwrocie) … kaczystowskich obozów śmierci, co to chcieli naciągnąć Generalną Gubernię vel Federacyjną Republikę Autonomiczną na nieprawdopodobnie gigantyczne wypłaty emerytur. Tak, o tym mus mówić.

No dobrze, ale odeszliśmy od sedna sprawy. A zatem „cofając się do tyłu”, do sedna owego, zacznę od cytatu z rzeczonego artykułu prof. Cenckiewicza, cytatu zresztą z cytatu. Pan pułkownik Antoni Rzeźniczek (musimy tu mówić „per pan”, wszak to per Pan pułkownik z Departamentu III MSW, MSW skądinąd innego honorowego per Pana – per Pana Kiszczaka), w rozmowie z Rymanowskim (dla potrzeb książki tego ostatniego) był łaskaw wypowiedzieć się w te słowy: Razem z płk. Wacławem Królem byliśmy prekursorami wprowadzania funkcjonariuszy operacyjnych do struktur podziemnych. Na moim kontakcie było dwóch takich ludzi: Molka i jeszcze jedna osoba, o której nie będę mówić. Bardzo obawialiśmy się wystąpień ulicznych na masową skalę i fali strajków. Światła część resortu grała więc na to, aby aktywność opozycji została skierowana na drugi obieg. Wydawnictwa podziemne to był wentyl bezpieczeństwa, pozwalający rozładować napięcie. Tu pozwalaliśmy na więcej, w dużej części mieliśmy nielegalny obieg pod kontrolą. [wyróżnienie własne – Warszawa1920] Sam opierałem się naciskom z góry resortu na realizacje, ponieważ każda z nich odcinała nas od informacji.

Tyle „nasz” pan pułkownik z SB. Teraz zaś zróbmy rozbiór literacki tego wiersza i zastanówmy się, co chce powiedzieć/powiedział do nas „poeta od Kiszczaka”. Ano, właśnie. Myślimy. To może jeszcze jeden cytat, tym razem naocznego świadka z lat innej okupacji.

… z rozdziału ROK 1943:

(…) W niezliczonych kawiarniach i kawiarenkach zbiegał się tłum liczniejszy i gwarniejszy niż za dawnych lat. O wygodę, fotele i zacisze nie dbano. Od bufetu wymagano jednak wiele. Chciano pić tylko najlepszą kawę „marago dżip”, w modzie były torty mokka i fedora, z piany, czekolady, migdałowej masy. Przy stolikach handlowano klejnotami przemycanymi z getta, puszczano w obieg skarbce zamożnych niedołęgów, kupowano faktury na niemieckie przydziały surowców, wymieniano biuletyny i gazetki, planowano zamachy. Żadna łapanka nie opustoszyła kawiarń na dłużej niż na kilka godzin. Nie tylko przez lekkomyślność warszawiaków. Lokal, kamienica czy dzielnica, z której „wybrano” ludzi do zielonych samochodów, dawały po dokonanej obławie większą gwarancję bezpieczeństwa od innych.

Wystawy antykwariatów olśniewały świetnymi obrazami i meblami. Zdławiony rynek księgarski zastąpiły antykwariaty książkowe i nigdy w Warszawie nie można było nabyć z łatwością tylu świetnych książek, jak właśnie wtedy. Przy stołach i półkach antykwarskich odbywał się nieustanny raut intelektualny i kto się chciał zetknąć z wybitnymi ludźmi, spotykał ich najczęściej tam. W kawiarni Wójtowicza, przy pełnej zawsze sali, grywały kwartety kameralne, rzecz niemalże nieznana w dawnej Warszawie. Trzy orkiestry symfoniczne, u Lardellego, w „Gastronomii” i w „Bagateli” dawały coraz lepsze koncerty. W jaki sposób wiązały koniec z końcem, trudno doprawdy dociec. O „Bagateli” opowiadano, że właściciel jej, stary Dakowski, ma muzykalnego „hysia” i uparł się wskrzesić warszawską operę, ładując w orkiestrę i śpiewaków wszystko, co przynosiła kawiarnia, i jeszcze sporo ponadto. „Hysia” takiego, jakżeż sympatycznego, miało i wielu dyletantów warszawskich, którzy skupowali skrypty pisarzy i uczonych, organizowali odczyty, kursy i akademie. Dyskusje publiczne, choroba naszego wieku, szalały epidemicznie.

Zaś w niemieckim kasynie gry przy alei Szucha hazardująca hołota rżnęła w ruletkę i baka, nie bacząc na zakazy podziemia. Setki prywatnych salonów brydżowych przetaczało pieniądze z rąk do rąk. W restauracjach jadano lepiej i obficiej niż przed wojną. (…)

Ferdynand Goetel Czasy wojny, tom 3 Dzieł wybranych, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2005, ss. 145 i 146

Jesteśmy rozumni ludzie, jako rzekł, w odpowiedzi na dictum kaprala Ulmbacha o „politycznie podejrzanych zdrajcach”, „świńskiej inteligencji”, „bydlętach międzynarodowych” i „małpiej bandzie słowiańskiej”, w filmowej wersji „C.K Dezerterów”, pewien stary żołnierz, wspominając przy tym o „paru bagnetach” w żebrach „tej niemieckiej gnidy”. I chyba nie trzeba nam „referatu”, który przywołał (powołując się na pisarza Sofronowa) Anioł Stanisław w swojej sentencji życiowej o mądrym, co to mu wystarczą „dwa słowa’, w przeciwieństwie do głupiego, któremu i przedmiotowego referatu mało.

Totalitaryzm, czy to niemiecki, czy rosyjski, w swoich mechanizmach neutralizacji i otępiania okupowanych społeczeństw, niczym się nie różnią. Istotą poczynań okupantów jest zawsze minimalizacja lub wręcz eliminacja „akcji bezpośredniej”, czynu faktycznego, a nie spekulatywnego, działań realnych, w końcu – walki zbrojnej. Rzecz sprowadza się do tego, by ulica „nie ożyła”. Tu skupia się energia brunatnej, czy czerwonej bezpieki.

Sprawdzoną metodą okazuje się zbudowanie rzeczywistości alternatywnej, w jej ramach zaś zepchnięcie ludzi do kompletnej „defensywy ekonomicznej”, do – po prostu – walki o byt egzystencjalny. Ale musi być zapewniony zarazem jakiś właśnie element „myślowy”, jakaś nisza, ułudy w swej istocie, ale jednak – przeświadczenia, że rozumuje się jeszcze samodzielnie. Ten sui generis „raut intelektualny”, o którym pisze Goetel, powoduje nie tylko iluzję stabilizacji, ale przede wszystkim ma swój wymiar fizyczny: wypełnia ludziom czas i powoduje, iż przeznaczają wszystkie własne talenta, kwalifikacje, zasoby wreszcie na ciągłe starania by z tego quasi – obiegu „salonowego” nie wypaść. Wtedy jednostki ledwie nie dają się zwieść i trwają przy takich wartościach, jak godność narodowa, honor żołnierski, patriotyzm, wolność, suwerenność.

Kto zatem tym wszystkim dyryguje? Czy nasze starania przyśpieszają „bieg historii”, czy są – przez reżim administracyjnie tolerowanym (i swoiście wspieranym tego reżimu bezczynnością) – krzykiem na puszczy?

Sam wielokrotnie pisałem o wolności słowa, jako czymś, co nas jeszcze utrzymuje w tym nurcie wydarzeń, które można określić mianem głównego. Czy to jednak poczytane będzie za przejaw nieracjonalnej „w określonych okolicznościach” niecierpliwości, jeśli powiem: Cóż nam po takiej wolności słowa, w której „wolność” mierzy się murem całkowitego społecznego getta nas, rzekomo „wolnych”, „słowo” zaś jest już jedynie archaicznym kodem językowym, zrozumiałym dla ostatnich, dla grona zimnych czaszek, grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów?

Nie wiem, ale jak na to, co wokół popatrzę z pewnym dystansem, zaczynam wątpić w słuszność (przynajmniej całkowitą) takiej „linii” postępowania, którą realizujemy my tutaj, inne środowiska patriotyczne, czy i samo Prawo i Sprawiedliwość takoż. Równocześnie, i nie ukrywam tego w żaden sposób, nie wierzę, że „tu i teraz” dzieje się „samo z siebie”. Ani aktyw komunistyczny nie rządził przed `89, ani też nie rządzi dziś „medialna twarz” platformy. W „takich sprawach” najlepszym miernikiem jest to, kogo i czy w ogóle rozlicza się ze zbrodni „okresu błędów i wypaczeń”. Dziś Kiszczaka się de facto nie rozlicza. Kiszczak natomiast to SB. Kto zatem rządzi aktualnie dorzeczem Wisły i Odry? Przecież to wszystko pasuje jak wtyczka do kontaktu. Jak powiedział w jednym z odcinków mojego ulubionego serialu „Pitbul”, grany przez mojego nie ulubionego aktora (choć, przyznaję, tutaj – rewelacyjnie grany), Gebels.

(Zapraszam tu przy okazyi, nieskromnie, do lektury jednego z moich wcześniejszych wpisów: Pały czy „mądre różnienie się”?.)

Przed Euro wszyscy, a najgłośniej bodaj PiS, krzyczeli, że Janukowycz to „raczej” niegrzeczny polityk, zaś Tymoszenko – i tu już było otwarciej to mówione – jest niewinnym „więźniem politycznym”. Powiem tak, dzisiaj g…no mnie to obchodzi, bo tak naprawdę to do końca nie wiem, jak tam na Ukrainie z tymi umowami gazowymi z ruskimi było i jest. Wiem natomiast, i to już z absolutną pewnością, że banda platformy i ludowców farbowanych podpisała umowę na dostawy gazu od ruskich na warunkach, które nie są niczym innym jak gotowym aktem oskarżenia, i to nie przed jakimś gospodarczym sądem arbitrażowym we Wiedniu, ale przed Polskim Narodowym Trybunałem Stanu, dysponującym prawem orzeczenia kary śmierci. My zaś spokojnie sobie w domciach czekamy, nie wiem, na piątą, siódmą, dziewiętnastą podwyżkę gazu spowodowaną właśnie tą umową. Na razie podwyżka szykuje się numer dwa (w tym roku numer dwa), ale widać możliwość kupienia (jeszcze) kawału karkówki i „zgrzewy” piwa na grilla jest wystarczającym substytutem takiego traktowania – takiego NISZCZENIA!!! – Polaków przez władzę.

Poległo blisko 100 najwybitniejszych Polaków. Państwo (?) – i tego jestem pewien: niepolskie, choć tu działające, stwierdza dziś publicznie, że nic się w ogóle, ale to w ogóle nie stało, bo, nie przymierzając, to była jakaś wycieczka parafialna, oblatująca sobie pogranicze rosyjsko – białoruskie na własną wyłącznie odpowiedzialność. Polecieli, pagibli, i cześć. Kto tam będzie się zastanawiał nad takimi pierdołami, jak zasady organizacji lotów Prezydenta Polski i personalna odpowiedzialność w ramach tych zasad. A tak w ogóle: Co to był za „prezydent”? Przecież po tych wszystkich latach „wyjaśniania” bydłu przez „ludzi światłych”, „autorytety”, „twórczych filozofów”, „zasłużonych reżyserów”, „wybitnych dziennikarzy”, „przewidywalnych polityków” kto to, tak naprawdę, jest, ten „mały człowiek”, chyba już nikomu nie trzeba tłumaczyć, że nawet jeśli zdarzyło mu się „wsiąść do samolotu” i już z niego, jak to trafnie przewidział pewien „czołowy polityk” partii miłości, nie wysiadł, to nie ma co robić z tego jakiegoś wielkiego halo. To się zresztą na żadne „halo” nie kwalifikuje. Co tu przy tym „głośno mówić”, skoro wszak możemy temu „najgorszemu prezydentowi” wytknąć hipokryzję: miał albowiem zabrać na pokład tego samolotu „komorowski w jedną stronę” także i brata swojego. I co zabrał? Nie zabrał! Nie ma więc co japę drzeć, bo prawdę powiemy, jaki to ten … phi … wasz (tu piszemy z małej) prezydencina był zakłamany.

Zdrojewski jest takim samym bydlakiem, jak i inni Psi „organizatorzy” 10 Kwietnia 2010 r. Od prokuratorów prowadzących to esbeckie śledztwo niczego dobrego już nie oczekuję. Nie wiem jednak dlaczego (DLACZEGO?!!!) był jeszcze we mnie jakiś cień nadziei, że może ten Zdrojewski nie jest taki całkiem Psi. Dziś już pewnym, że jest całkiem. (DLACZEGO!!! nie wystarczyło mi to, że wciąż jest w tej klice, DLACZEGO?) Nie dyskutuję z potrzebą uprzedniego, przed odsłonięciem pomnika, kryminalistycznego zbadania całego terenu przeznaczonego pod to pamiątkowe założenie. To jest najważniejsze. Żeby wreszcie NAPRAWDĘ przesiano tamtejszą ziemię i nie na metr w głąb, ale 10 metrów! Jeśli to miałoby być ceną za opóźnienie odsłonięcia pomnika, słowa bym nie rzekł. Jak mam jednak być spokojny, gdy sekretarz Partii na odcinek kultura nie ma żadnych oporów w posługiwaniu się w tej kwestii argumentem zakłamanej prokuratury? Argumentem takim oto, że „jakakolwiek zmiana stanu faktycznego miejsca zdarzenia, spowodowana czymkolwiek, do czasu prawomocnego zakończenia postępowania karnego w tej sprawie, jest niewskazana z punktu widzenia procesowego”. Zakłamanej zaś, bo człowieka krew zalewa, gdy słyszy coś takiego. Ruskie zwierzęta niszczyły dotąd całkowicie bezkarnie, jakie tylko chciały, dowody tej zbrodni, niszczyły bez jednego choćby ćwierćsłówka sprzeciwu tej prokuratury. Niszczyły i wrak, niszczyły środki łączności, nic dotąd nie wiemy o stanie broni służbowej i kamizelek kuloodpornych oficerów BOR. Można by w tym kontekście wymieniać właściwie wszystkie materialne ślady pozostałe po tym mordzie. Wszystkie, … włącznie z ciałami poległych. Wszystkie włącznie także z rzeczonym „miejscem zdarzenia”. Wycinano drzewa, przeorywano grunt, rozjeżdżano cały ten teren czym tylko się dało, zabezpieczano go tak, że każdy mógł tam wejść i nie tylko swobodnie sobie spacerować, ale również i wynosić stamtąd znalezione „pamiątki”. I dziś tłumaczenie przez tego kulturkomsomolca niemożności odsłonięcia pomnika w 3 (słownie: trzecią!!!) rocznicę tragedii tak piramidalną w świetle faktów prokuratorską hipokryzją, jest barbarią z gatunku tych, do których, swoją decyzją o kremacji nierozpoznanych szczątek ofiar Smoleńska, wpisał się kumpel Zdrojewskiego, tewulec „Znak” (dla potrzeb wykładów udzielanych w WSI24 używający też określenia „Boni”, co jest synonimem, takim pełnym „miłości do ludzi”, przyznacie?, miana leliji tej niewinnej, tak strasznie prześladowanej przez lustracyjną tyranię maciarewizmu – kaczyzmu). Po co były te wszystkie rzekome „starania”, czym były powodowane te tak „autentyczne” obietnice tej ludzkiej twarzy Psiej mafii? Gdyby ta twarz faktycznie była ludzka – jej właściciel od razu podałby się do dymisji, albo przynajmniej wyraził „zdanie odrębne” na temat tłumaczeń prokuratury. Gdyby …

Traktuje się nas po prostu nieprawdopodobnie. Równa z myślowym błotem, okłamuje w sposób tak cyniczny i okrutny, że wprost trudno jest znaleźć analogie inne, niż te z latami „regularnej” okupacji, czy to niemieckiej, czy rosyjskiej. Właściwie to się nawet dziwię że jeszcze w ogóle istnieje jakakolwiek „komunikacja” tej kliki ze społeczeństwem. Po co oni tracą na to czas? Przecież mogliby spożytkować go na chlanie whisky i palenie cygar. Po dwuipółletnich jakoby staraniach o zwrot wraku tupolewa, dziś wysoki urzędnik państwowy (?) stwierdza, iż nie ma problemu i nic się nie stanie, jeśli ów wrak zostanie do Polski przywieziony w postaci zawartości tysiąca reklamówek albo innych, ruskich kraciastych toreb bazarowych. Czy mu już naprawdę osiągnęliśmy ten poziom, że naszą krzywdę widzimy jedynie wtedy, gdy listonosz nie przyniesie nam na czas emerytury?

To przykre, ale muszę to powiedzieć. Aktualnie jedyną siłą, która wie, co jest dla Polski potrzebne, jest Psia banda. To właśnie ta partia, wprowadzając rodem z komunizmu zakaz zgromadzeń i manifestowania wolnych poglądów, pokazuje swoje doskonałe rozeznanie w strategii politycznej. Dzisiaj wolność może nam przywrócić wyłącznie ulica. Wyłącznie. A ci bandyci, tego rodzaju prawa ustanawiając, tworzą dla siebie kapitalny parawan – tępej siły, ale polakierowanej legalizmem ustawowym. Wydaje się przy tym, że chyba jako jedyni podejmują jakiekolwiek istotne działania w odniesieniu do bieżących wyzwań stojących przed Narodem Polskim. Przekleństwem naszym jest jednak to, że są to w tym przypadku antydziałania, kroki będące w absolutnej kontrze do tychże wyzwań. Innymi słowy: to postępowanie Polsce wrogie i służące zupełnie niepolskim interesom.

Czy my nie jesteśmy przeto, przypadkiem, klubem filatelistów, takim tolerowanym przez władze kółkiem zainteresowań z osiedla zawiadywanego przez jakiegoś współczesnego Stanisława Anioła? I od kiedy zaczną nam kazać zbierać znaczki „jedynie słuszne”, o niemieckości Gdańska i radzieckiej tożsamości przywódców naszej socjalistycznej krainy szczęśliwości?

O Polsce warto myśleć. I dla Niej pracować.

2 comments on “Koncesjonowani Niepoprawni.pl?, albo: !

    • az 40%? przyznam, ze ne mialam pojęcia. dzieki za link. no ale na pewno zaraz odrobią straty. widzialam lansowane nowe tematy: Doda, bóbr mlodej damy, pedofilia, reklama zespolu muzycznego… są tez nowe „gwiazady” imprtowane prosto z salonu24, od pierwszego wejrzenia ślepo zakochane w administracji:) nic tylko trzymac kciuki – bo chyba bedzie im to potrzebne.

      zartuje troche, ale prawde mowiac wcale nie jest mi do śmiechu. jestem w tej dobrej sytuacji, ze administracja za pomoca trolli, a pozniej osobiscie wprawdzie szykanowala mnie i obrażala, ale nie zostawilam zbyt wiele serca ani wysilku i energii w budowanie dobrego imienia tego miejsca. nawet trudno wyobrazić mi sobie jak czuje sie ktoś, kto do ostatniego momentu byl oszukiwany, ze uczestniczy w budowie Kosciola i nagle znalazl sie pośrodku burdelu.

      pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s