Fajny tekst Gadowskiego – Czy Donald Tusk istnieje?

Dziś zapraszam na drobne ekstrawagancje myślowe, których tworzywem będzie – excuzes le mot – pan Tusk Donald.

Od razu pojawia się nam istota problemu, bo żeby ktoś lub coś moglo być tworzywem – musi mieć właściwość pierwotną, mianowicie istnieć.

Zastanówmy się więc nad tym: czy Donald Tusk istnieje?

Już od czasów Parmenidesa wiemy, że byt to, to co istnieje – zawsze, nierozerwalnie, niepodzielnie, a to, co nie istnieje, to naturalnie jego przeciwienstwo – niebyt.

Ciągle jeszcze – za wyjatkiem pana profesora Baumana, jemu podobnych, oraz mojego znajomego, który równanie świata zwykł sprowadzać do uniwersalnej myśli : wszystko fekalium ( w naturze zwie to dosadniej) za wyjatkiem urynalium – poruszamy się na gruncie greckiej filozofii, rzymskiego prawa i chrześcijańskiej etyki.

Tak więc ci, którzy wychodzą z innych brzegów niech już teraz zarzuca dalsze czytanie jako kompletnie jałowe, bo doprawdy rozgrzania budyniu w chelmofonach dostąpią.

Wulgaryzując nieco fascynująca przygodę ludzkiej myśli ze światem powiem tyle: parmenidejskim przeczuciom, konkretów dodali Sokrates (nie pisał, a i tak jego słowa dotarły. To były czasy, natchniona Pytia wystawiała mu świadectwo, a i tak przepalono mu wnętrzności cykutą), jego wielbiciel Platon i tegoż niewierny uczeń Arystoteles.

Dość powiedzieć, że przebrnąwszy jeszcze przez Augustyna, Akwinatę, Kartezjusza i Pascala mamy całkiem pokaźny aparat ku temu, aby starać się sprawdzić czy – w przypadku Donalda Tuska – mamy do czynienia z istnieniem, czy też z jego zaprzeczeniem.

Przepraszam, za trywializm myślowych przygotowań do eksperymentu, ale proszę zrozumieć, że wśród młodych, wykształconych i siedzących w Obywatelskiej Jaskini, coraz powszechniej występuje zanik wiedzy o Parmenidesie i jego następcach, a coraz bardziej gremialnie nie pojmuje się tam nawet znaczenia cieni ze ścian rzeczonej Jaskini. Oni, ponowoczesne i osierocone przez klasykę niebożątka, też mają prawo do tego, aby coś z tego zrozumieć, ba to ku nim właściwie ślę ten bukiet serdecznych myśli.

Tak więc poprzestańmy na tym, że byt to istnienie, a coś co istnieje jest dobre (Gadowskizm, wandalistycznie z lekka streszczajacy cały gmach dotychczasowej myśli greko, rzymsko, judeochrześcijańskiej). Coś zatem, co nie istnieje, żadną miarą nie może nosić znamion dobra.

Ufff..sprawdźmy zatem czy Donald Tusk istnieje.

Wśród dowodów na istnienie Donalda Tuska jeden jest niezaprzeczalny – dowód osobisty.

Pozostałe budzą już bowiem dyskusje i sprzeczne interpretacje.

Jeśli powiem byt wyposażymy w zdolnośc do działania, to – jak mówi nam Ewangelia – po owocach ich poznacie.

Tymczasem Donald Tusk nie działa. Nie jest bowiem działaniem nieuczestniczenie. Pan Tusk odżegnuje się od autostrad i zegarków pana Nowaka, stadionu pani Muchy, służby zdrowia pana Arłukowicza, finansów pana Rostowskiego, mikroarmii pana Siemoniaka, edukacji pani Szumilas i całej reszty, nie będacych sukcesem, działań ministrów. A więc skoro się odżegnuje, to go nie ma. On w tym nie bierze udziału, próżno więc szukać dowodów na jego istnienie wśród aktów strzelistych obecnego rządu. Za granicą też jakby nie istnieje, bowiem z nim, czy też bez niego, bieg spraw pozostaje taki sam.

Dochodzi do tego, że Donald Tusk często wręcz zaprzecza swojemu istnieniu – jak choćby wtedy, gdy łaja swą własną partię, za kupowanie sukienek własnej żonie. Skoro łaja, to znaczy że nawet tu nie możemy go egzystencjalnie złapac za rękę. Co więcej Donald Tusk często, własnymi ustami, zaprzecza swojemu istnieniu – jak choćby ze sprawą abonamentu RTV, kiedyś wezwał do niepłacenia, a teraz sugerujaco zamilkł, milcząco – w tym wypadku – wskazuje na to, aby jednak płacić.

Cóż to więc za byt, który sam za sobą zaciera ślady, którego epistemologicznie nie sposób uchwycić za rękaw istnienia? Toż to jakaś brzytwa Ockhama w rękach niebytu…

Z naszych prostych rozważań wynika więc, że Donald Tusk, tak naprawdę… nie istnieje, albo istnieje nie bardzo – jest jedynie bytem bez właściwości, bytem zależnym (od czasu i miejsca), bytem audytoryjnym, złożonym z szeregu wrażeń, które ontologicznie nie istnieją, niemniej kongenialnie, grupowo, tworzą jakby hologram czegoś, co jednak jest.

I tu uwaga kierowana do słodkich flamingów (tak proponuję nazywać naszych milusińskich, w miejsce nieładnego i pejoratywnie brzmiącego słowa – lemingi):

Ostatecznie może się jednak okazać, ze Donald Tusk istnieje, wszak dowody na to są jednak mocniejsze, niż świadectwa istnienia yeti, sęk jednak w tym, że istnienia Donalda Tuska nie da się wytłumaczyc na gruncie klasycznym.

Możemy – na Wasze wyraźne życzenie – jednak zajrzeć grzesznie do spiżarni dekonstuktywistów i stwierdzić, że Donald Tusk istnieje bardziej…

Bardziej wtedy, gdy jest się czym pochwalić, mniej w tarapatach, bardziej wtedy, gdy go nie ma (jest na nartach, na boisku, w Gdańsku), niż gdy jest.

Donald Tusk ulepiony jest więc z samych sukcesów, jest zatem bytem sukcesu – można nawet (jak wspomniany już Sławomir Nowak) nadać mu pewne przymioty boskości – może być na ten przykład Bogiem Śpiacych Flamingów.

Piekne?

Ostatecznie możemy także skorzystać ze starego fortelu solipsystów i stwierdzić, że to czego nie widzę, najzwyczajniej w świecie, nie istnieje, a skoro od rana do wieczora widzę Donalda Tuska w telewizorze, to on istnieje jak najbardziej.

No tak, ale wtedy pojawi się problem, że takiego, dajmy na to, Gadowskiego, to w ogóle nie ma w atmosferze, bo nigdy go nie widać w telewizorze.

Jeśli jednak tak, to czyj tekst właśnie – drogi solipsysto, dekonstruktywisto – przeczytałeś?

http://wgadowski.salon24.pl/519915,czy-donald-tusk-istnieje

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s