Nie trzeba bronić prof. Kieżuna – by Karlin

Tym bardziej, że niepostrzeżenie i chyba dla wielu w sposób niezamierzony, można się wówczas znaleźć w towarzystwie autentycznych kanalii oraz osób z upodobaniem, choć wybiórczo relatywizujących czyjąś winę, zwłaszcza wtedy, gdy mogą w cieniu tego relatywizmu schować swoje przewiny, tchórzostwo lub podleczyć kompleksy.

Przeczytałem wypracowanie Cenckiewicza & Co i to jest rzeczywiście dno manipulacji, świadczące o tym, że albo ci ludzie oszaleli, albo – jak już o tym pisałem – prof. Kieżun nie jest tu prawdziwym celem, a jedynie do osiągnięcia tego celu środkiem. Taki rodzaj „medialnej naukowości” trzeba oceniać i tępić w każdym momencie. Bo opublikowanie jakichś materiałów, oczywiście zweryfikowanych pod kątem wiarygodności, to jedno, ale poprzedzanie ich publikacji tendencyjną interpretacją to już coś zupełnie innego.

Dla mnie, i to od zawsze, obowiązkowa lustracja z mocy prawa, czyli pełne ujawnienie ewentualnych kontaktów danej osoby ze służbami specjalnymi PRL, co w praktyce oznaczało również kontakty – choć niekoniecznie bezpośrednie – z nadzorującymi je służbami ZSRS (a dzisiaj Rosji) oraz ich charakteru, powinna dotyczyć wyłącznie osób sprawujących lub ubiegających się o sprawowanie funkcji publicznych.

Jednak w tej chwili zdecydowana wiekszość wstępujących w te zawody i podejmujących się tych funkcji, jeśli zostali i zostają w jakikolwiek sposób zwerbowani, lub podtrzymują tradycję rodzinną, to przez i przy współpracy dzieci dawnych esbeków, ku chwale „niepodległej” Rzeczpospolitej.

A że czasem wiąże się to z przypominaniem tego, co rodzice werbowanych kiedyś tam robili? No cóż, czasy się zmieniły i nie każdy lubi się rodzinnymi sukcesami sprzed lat chwalić. Miejmy tylko nadzieję, że ta zasada będzie w mocy i za następne 25 lat, oraz że będzie obejmowała „sukcesy” z lat III RP.

Jak widać, upływ czasu częściowo zarżnął ideę lustracji w jej podstawowej wersji. Może poza najwyższymi stanowiskami (prezydent, premier, ministrowie, marszałkowie Sejmu i Senatu, posłowie, sędziowie SN i TK, rektorzy wyższych uczelni), dla których obowiązkiem powinna być nie tylko lustracja, ale także upublicznienie wszystkich, dostępnych w IPN na ich temat materiałów.

Zostały opracowania naukowe lub dziennikarskie w rodzaju „Resortowych dzieci”, albo wybryki „Do rzeczy”. Czyli Dzikie Pola, po których hasają sobie albo luźne kupy bandytów, albo Mały Rycerz z kompanionami z sercem od milości do Ojczyzny gorącym.

Ile razy, po tzw. upadku komunizmu, pojawiała się sprawa w rodzaju tej z prof. Kieżunem, tyle razy miałem spory dylemat z oceną osób, których te oskarżenia dotyczyły. Wyjątkiem może były pierwsze lata i tzw. Lista Macierewicza z 1992 r., choćby z uwagi na potwierdzającą jej wiarygodność, frontalną kontrę wszystkich sił  „postępu od PRL do III RP”. Jednak już wtedy, większe znaczenie miała dla mnie nie tyle zawartośc teczek, co reakcja najbardziej zainteresowanych. Z czasem ta sprawa stała się dla mnie decydująca.

Im dalej od 1989 r., tym mniej istotne stało się bowiem ocenianie kogoś wyłącznie na podstawie materiałów z IPN. A już dzisiaj… I nie chodzi tu tylko o malejącą z biegiem lat wiarygodność oskarżających, oraz selekcjonowanych czy „obrabianych” przez te wzystkie lata – przez większość czasu bez naszej wiedzy i kontroli – „papierów”.

25 lat to dostatecznie długi okres, aby osoba pełniąca publiczne funkcje, albo po prostu często występująca na publicznym forum, swoim zachowaniem sama określiła, czy zakres jej ewentualnych powiązań z komunistyczną, tajną policją i ogólnie, z PRL był istotny (ponoć agentem nie przestaje się być aż do śmierci), czy bez większego znaczenia, oraz – nawet jeśli był znaczący i przyniósł szkody – czy próbowała przez te lata zadośćuczynienia. 

Oceniajmy więc ostatnie lata, a nie zagruzowane pracowicie w sferze faktografii i pamięci przez esbeków, ich latorośle, wynajętych i głupców, odległe już czasy tzw. komunizmu wlaściwego, a będziemy, może nie nieomylni, ale na pewno mądrzejsi w ocenie ludzi.

Dlatego też nie trzeba bronić prof. Kieżuna przed Cenckiewiczem, bowiem ten pierwszy zrobił podczas ostatnich 25 lat bardzo wiele, aby dowieść, że z komunizmem i próbami jego transplantacji w formie III RP się nie godzi, choćby poprzez totalną krytykę transformacji ekonomicznej ostatnich lat. Na co nie było stać wielu jego kolegów, być może nawet tych z „jednokartkową” teczką w IPN, jak Donald Tusk.

Uczciwe i w dodatku puiblicznie manifestowane zachowanie przez wszystkie lata po 1989 r. nie daje oczywiście gwarancji, że ktoś wcześniej był bez skazy, oraz nie tworzy wymogu, że wzystkie materiały na temat jego przeszlości należy utajnić.

Ale – jeśli równocześnie ten ktoś unikał pełnienia funkcji publicznych – jest dobrym powodem, aby zastanawiać się raczej nad oceną tych, którzy go atakują, a zwłaszcza, jeśli już do czegoś takiego dochodzi, na ich próbami interpretowania jego całego życia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s